powrót do…

Wracamy po przerwie. Nie, wcale nie z większą dawką energii, czy z nowym, lepszym JA wypisanym na twarzy. Niestety. Oboje jesteśmy mocno przemęczeni, więc nowej energii nie mamy skąd już wykrzesać, jednakże rytuały dnia codziennego nas już odrobinkę dobijają i po prostu potrzebna jest odskocznia. A taki alternatywny świat daje mi pisanie tego bloga oraz wy – czytelnicy 🙂

Ostatnio u nas sporo zmian na wielu płaszczyznach. Wiele rzeczy nałożyło się w czasie. Nawet większych planów nie posiadamy. A szkoda, bo wg wielu psychologów poczucie sensu daje nam jakiś cel. A jeśli nie potrafimy sobie takiego celu zwizualizować, wytyczyć, to ciężko zaczyna się robić. I w takim miejscu teraz właśnie stoimy. Trzeba ruszyć z miejsca, dać sobie tzw. „kopa”.

Pierwszy „kop” celuje w nasz wygląd. Taaaak – to nie jest najprostsza droga. Mimo wszystko stwierdzilimy oboje, że już czas wziąć się mocno w garść i zrobić coś. Poza tym do lataz czasu coraz mniej. Mimo, że planów (tych wakacyjnych także) brak (jeszcze?), to odmiana swojej sylwetki powinna zaprocentować w przełożeniu na inne sfery życia. Tak mówią. Czy to prawda? Się okaże.

Na pierwszy ogień – zdrowsze odżywianie się. Jak najmniej przetworzonej żywności i cukru. Słodzone napoje gazowane i niegazowane – do kosza. Chipsiki – do widzenia. Alkohol – bye bye (przynajmniej do Wielkanocy). Tych kilka ograniczeń powinno dać pierwsze efekty właśnie do Wielkanocy. Dodatkowo aktywność fizyczna. U mnie to moja ukochana rurka (wiecie, że moja przygoda z tymi zajęciami trwa już rok? Zleciało!) oraz powrót do przebieżek. Nie mówię o długich dystansach, ale o przebieżkach 3-5-7-10km 1 lub 2 razy w tygodniu.

No, to trzymajcie kciuki za nas. My będziemy trzymać za Was, bo na pewno wiosną wielu z Was ma podobne postanowienia. Powodzenia!