a może by tak…do browaru?

IMG_5823

Majówkę czas zacząć! My tym razem spędzamy majowy weekend  mocno stacjonarnie, czyli w naszym mieście i okolicach. Wczoraj mama Krucrew miała 18-te ;P urodziny i spędziliśmy ten dzień razem, we 4-kę.

Był tort i świeczki, i plac zabaw, i karuzela, i obiad w ulubionej oberży, i spacer, i dużo, dużo radości. Naprawdę cudnie.

Dzisiaj kolejna część świętowania. Po porannym parkrunie, czyli cosobotniej dawce dobrego humoru, miłej atmosfery i przede wszystkim świeżego powietrza dla dzieciaków była zabawa na pustym o tej porze placu zabaw w naszym cudnym parku. Potem kilka drobnych domowych obowiązków. Po obiedzie odwiedzili nas dziadkowie. Po zjedzeniu tortu i ciasta oraz małej kawce wyruszyliśmy na naszą małą wycieczkę. Celem był browar Bednary koło Łowicza.

Browar jest położony około 20-25 minut drogi od Skierniewic, na wsi, w otoczeniu sadów jabłkowych i pól. Totalnie wiejski klimat. Przyznajcie się – kto często bywa na wsi i ma takie widoki i zapachy na co dzień? My rzadko, więc okazja do https://www.acheterviagrafr24.com/achat-viagra-en-ligne-en-france/ pokazania dzieciom krowy, czy kurki wolno biegającej ot tak przy drodze, musi być wykorzystana.

Browar prowadzą państwo Łopusińscy od nieco ponad 2-óch lat. Wnętrze browaru – pubu utrzymane jest w ciemnej tonacji, a na ścianach wiszą kolaże z piwnych etykiet i stare fotografie w piwowarskim klimacie. Jest kilka stolików i mały bar z widokiem na kadzie, w których „dojrzewa” kolejna partia lokalnego piwa. Na zewnątrz też są stoliki na werandzie oraz leżaczki w ogródku.

W barze mżna zamówić piwo butelkowane lub z „tapa”. Jest kilka rodzajów napoju – od owsianego, przez owsiano-ryżowe, pszeniczne aż po ciemne lagery. Wszystko zza ściany, gdzie jest łącznie 5 kadzi. Dodatkowo w ofercie są także przekąski i mini posiłki typu kiełbaska z grilla.

Pani Łopusińska opowiedziała nam historię powstania tego przybytku oraz jak im idzie biznes. Z każdej kadzi można uzyskać 1000 litrów piwa w procesie jednokrotnego warzenia. Cały taki proces trwa miesiąc. Potem piwo z kadzi rozlewane jest do kegów i butelek. I można się nim delektować. Do nabycia na miejscu oraz w dobrych piwnych lokalizacjach dużych miast w Polsce. Naprawdę warto spróbować! To nasze regionalne piwo „Łowickie”! 😉

Dodatkowy plus za kącik z grami planszowymi i kolorowankami dla dzieci.  Nasza Iga była zachwycona mazakami i bierkami, a dziadek – szachami!

W samej wsi jest jeszcze „Zagroda Bednarza”, w której jest mini zoo, ale tam nie dotarliśmy ze względu na późną porę. Wypad do Bednar to fajny pomysł na spędzenie połowy dnia. Można go połączyć np. ze zwiedzaniem pałacu w Nieborowie albo parku w Arkadii plus obiad w ukochanej „Oberży pod złotym prosiakiem”. Polecamy!

IMG_5807 IMG_5808 IMG_5810 IMG_5811 IMG_5812 IMG_5822 IMG_5841 IMG_5842 IMG_5855

 

daj się ponieść

IMG_4144

W obecnych czasach matki są w sidłach. W sidłach perfekcjonizmu, że trzeba tak i tak, a nie owak, że popatrz tu, na tę, na tamtą, zajrzyj do tej książki, na taką, czy inną stronkę, bloga, popatrz, co piszą, zastosuj, na pewno się przyda, zrób tak i tak. BASTA! Mimo ogromu nękających nas z każdej możliwej strony bodźców, my – https://www.viagrasansordonnancefr.com/viagra-prix/ matki powinnyśmy zostać zgodne przede wszystkim z samymi nami. Owszem – słuchać rad, porad, dobrych i złych, przeżyć innych, opowiadań o zastosowanych przez inne matki/babki/prababki sposobach na wszystko i nic, ALE przepuścić to wszystko przez sito złożone z naszych poglądów, odczuć, intuicji. Naprawdę nic na siłę. Nic nie musisz. Nikt cię nie ukaże, że zrobiłaś coś inaczej, bo po swojemu, bo tak czułaś.

Z drugiej strony mimo już ponad 3-letniego bądź, co bądź doświadczenia w obyciu z małą wersją człowieka, nadal żałuję, że nie da się stworzyć choćby mikro wersji instrukcji obsługi takiego delikwenta. Ano nie da się. Nie da? No nie

da. Bo każdy jest inny, inaczej został wychowany, co innego wyniósł z domu, inny bagaż doświadczeń dostał od życia, inaczej patrzy na swoją drogę, która za nim, pod nim i przed nim. No nie da się i już. Aaaaaa szkoda 🙁 O ile łatwiej by było w trudnej sytuacji focha/nerwów/wrzasków/rozpaczy/wymuszania/(dodaj co chcesz) otworzyć książkę na spisie treści, czy indeksie i pod danym hasłem znaleźć złoty środek. Jedną, właściwą podpowiedź, jak teraz mam postąpić? co zrobić? jak

zareagować? co powiedzieć? jak powiedzieć? Oj, jak łatwo. No, ale nie da się. Trzeba bazować na sobie. I tylko sobie. Niestety. Nawet wsparcie drugiej połowy się na niewiele zda*. Dlaczego? Bo ta druga połowa nie czuje tak, jak my, nie słyszy tego głosu wewnętrznego, co my. Czuje inaczej i słyszy swój własny głos, który może podpowiadać zupełnie inne rozwiązania. Bo to inny człowiek. Z innym bagażem, drogą itd. Utarte stwierdzenie – poddaj się swojej intuicji nabiera sensu. Serio!

Ale zabawne jest to, że w zasadzie tylko w trudnych, nerwowych i mało przyjemnych momentach marzymy o tej instrukcji z indeksem zachowań. Wtedy, kiedy nie do końca jesteśmy pewne drogi postępowania, jaką (o nie!) powinnyśmy obrać. Kiedy byłoby nam ŁATWIEJ, gdyby ktoś lub coś nam podpowiedział co robić, żeby było

dobrze. Nikt nie zna Ciebie, ani Twojego dziecka, tak jak Ty sama. Natomiast w sytuacjach, gdzie przepełnia nas duma, radość, zabawa, śmiechy i uśmiechy, wygłupy, marzenia etc., to lecimy na skrzydłach tej euforii i wszystko jest dobrze, prawda? Poddajemy się radosnym i beztroskim często chwilom, dajemy się im ciągnąć w cudowny świat dziecięcych zabaw, nie opieramy się. Ja to nazywam ŻYCIEM. I mimo tych trudnych chwil, kiedy często jako rodzice coś nawalimy (we własnym odczuciu, bo np. podnieśliśmy głos, daliśmy nieadekwatną do czynu karę, bo źle się czujemy, czy dopada nas zmęczenie), to ważniejsze jest nie rozpamiętywanie i żałowanie, a zatopienie się w tych rewelacyjnych dziecięcych rączkach, ramionkach, buziaczkach, podskokach i zabawie, i ważne – pamiętanie tylko tego dobrego! Ja się na samą myśl o ciepłym przytulasie z małych, delikatnych ramionek i słodkim buziaku rozpływam.

Miłego dnia!

IMG_4700 IMG_4685

*co do drugiej połowy, to zalecam kompromisy i pokojowe dyskusje – zawsze! Jednak wychowanie dziecka nie leży tylko po jednej stronie 🙂

jak porwałam się z motyką na słońce i…dałam radę

Od jakiegoś czasu biegam. Biegam nie za szybko, swoim dobrym tempem. Robię postępy. Jestem zadowolona, bo robię to tylko i wyłącznie dla siebie. To jest czas, kiedy nadmiar emocji (tych złych) magicznie wyparowuje mi z głowy, kiedy oddycham, dotleniam się, mogę sobie przemyśleć to i owo. SAMA. To naprawdę wyczyn znaleźć na coś takiego czas normalnie. A jak wychodzę potruchtać – to od razu mam tu ujście wszystkiego niezbyt dobrego i jestem milsza, bardziej uśmiechnięta, z planem działania. To te magiczne endorfinki – sama prawda.

W mojej krótkiej karierze biegacza miałam okazję uczestniczyć w kilku biegach masowych. Zaczęłam od sztafety maratońskiej podczas Maratonu Warszawskiego we wrześniu zeszłego roku. Mi przypadł w udziale dystans 10km. Myślałam, że nie dam rady, że to sporo, ale udało się i dodatkowo tak poleciałam na skrzydłach, że wykręciłam kosmiczny wówczas dla mnie czas. Duma była i jest wielka.

Potem była 5-ciokilometrowa przebieżka w ramach poznańskiego Biegu Czekoladowego w Walentynki. Trasa parkrunu na Cytadeli jest fajna – mocno pokrywała się z trasą tego biegu. Było chłodno, ale na mecie czekała na mnie pyszna gorąca czekolada. I była tam ze mną pozostała 3-ka Kruczków. To rewelacyjnie dodaje skrzydeł 🙂

I teraz mój hicior – w ostatnią niedzielę ukończyłam dystans Półmaratonu w Warszawie! Magia? Czary? Nie – dyscyplina i treningi. W sumie, to zapisałam się na ten bieg bez przekonania. Chciałam mieć motywację do biegania, żeby wyjść z domu mimo cowieczornego zmęczenia i pokusy poleżenia na kanapie z telefonem w ręku. No to miałam! I mocno starałam się wybiegać 2 krótsze, szybsze treningi plus jedno długie wybieganie w tygodniu. Wyszło połowicznie – jeden krótki trening i jedno długie wybieganie. Nawet udało mi się odwiedzić magiczne miejsce – dotarłam na swoim treningu nad autostradę A2. Fajne uczucie – stać i widzieć te wszystkie pędzące auta. Tylko po tych 10 km trzeba było jeszcze wrócić do domu. Ojoojoj. Trudno było, ale zrobiłam to. I nadszedł dzień startu.

Rano obrobiliśmy się w dobrym tempie i wyjechaliśmy o godzinie, którą wstępnie założyliśmy. U nas to rzadkość. Potem okazało się, że nie zabraliśmy kilku rzeczy, ale udało się poradzić sobie bez nich. Tzn. Kamil sobie poradził, bo ja biegłam. Na starcie stawiłam się w obstawie dwóch kolegów-biegaczy. I tak do 3-go kilometra truchtaliśmy razem. Było miło. Chłopaki sypali kawałami. Ale biegli dla mnie za szybko. W ich tempie padłabym po 10km. Więc odpuściłam i dalej biegłam sama. I tak sobie biegłam i myślałam „po co mi to było?”, „już mi się nie chce”, „chcę się położyć” itp., ale też miałam te fajne myśli typu „dam radę”, „oj tam, oj tam, Kaśka – oddychaj!”, „czekają tam na ciebie”, „tak daleko wybiegłaś, to teraz wrócić trzeba”. Spotkałam na trasie kilku pozytywnych ludzi, nawet jednego znajomego, którego potem zmotywowałam jeszcze do szybkiego finiszu. Mnie poniosła muzyka. Śmieszne, ale nie pamiętam melodii ani słów, ale wiem, że już znałam te piosenkę wcześniej. Kiedy ją usłyszałam, nogi zaczęły biec szybciej, serducho załomotało i ciarki miałam. A jedyne, co widziałam, to napis meta. I dobiegłam! Uffff. Czy było łatwo? Nie, nie było. Stwierdzam, że te 21,1 km to jednak długi dystans, długo się biegnie i potem też nie jest łatwo organizmowi się normalnie poruszać. Mnie bardzo bolały palce. Jak się okazało – odbiłam sobie viagra sans ordonnance paznokieć. Mocno. Zejdzie. Zaoszczędzę na pedicurze w lato ;P Hehe. Zdecydowanie wolę krótsze biegi, tak max do 10 km. Dlatego już razem z Kamilem zapisaliśmy się na pierwszy wspólny bieg na tym dystansie pod koniec kwietnia. Dziewczynki tym razem nie będą nam kibicować. zostaną u dziadków.

IMG_5034 IMG_5039 IMG_5043 IMG_5068 IMG_5049 IMG_5048

A propos Kamila i dziewczynek. Tym razem zamienielismy się rolami, bo do tej pory, to ja i Iga byłyśmy najwierniejszymi kibicami męża podczas jego zmagań biegowych, a było ich już niemało. Za to nasz facet dał sobie świetnie radę. Zaopiekował się dziećmi, bawił się z nimi i nawet stali na trasie w najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie. Po potkaniu  z nimi bardzo się wzruszyłam, łzy napłynęły mi do oczu i kilka punktów mocy też się dodało 😉 Są najwspanialszymi kibicami i podnosicielami na duchu. Nie mogę też zapomnieć o rodzinkach kolegów, z którymi startowałam – oni też dali radę. Dzięki!

pwa16_01_alc_20160403_111358_1 pwa16_01_alc_20160403_123154 pwa16_01_msf_20160403_121513_1 pwa16_01_mta_20160403_114639_1 pwa16_01_ppw_20160403_101601 pwa16_01_pkl_20160403_102130_1 pwa16_01_rzs_20160403_111752_2 pwa16_01_gbs_20160403_123710 pwa16_01_mz_20160403_113741_2 pwa16_02_mp_20160403_123758 pwa16_02_mp_20160403_123759fot. fotomaraton.pl