u siebie a gościnnie

IMG_8151

Ostatnio mój czas pędzi z zawrotną prędkocią. Ani na chwilę nie pozwala odetchnąć, zwolnić, a o zatrzymaniu się nie ma mowy. No cóż – CZAS.

Ostatnio miałam okazję wziąć udział w dwóch biegowych eventach. Jeden na własnym podwórku, w Skierniewicach, a drugi w stolicy.

Po raz pierwszy zorganizowano bieg ulicami mojego miasta. Jak mogłabym przepuścić taką okazję do obejrzenia swoich „śmieci” z takiej perspektywy?!? 10km, więc dystans już lekko wymagający. Do tego należy dodać upał i mikro strefy z cieniem. Bieg startował o 10:00, więc słonko już grzało. Po kilometrze chciało mi się pić, a w głowie plątała się myśl – „po co mi to było?”. Treningów nie robiłam, bo brak sił i jeszcze choroba dolnych dróg oddechowych z antybiotykiem w tle na tydzień przed startem. Zero szans na wymarzoną życiówkę. Trudno. Biegnę dla zabawy. Na pewno trafią się znajome skierniewickie twarze i łapki, z którymi przybiję piątkę na trasie. Nie pomyliłam się. Największą frajdą na trasie był punkt wodny, który zorganizowała moja kumpela z rodzinką. Dzięki, Figiii ;* To było COŚ! Dzięki też dla wspierających kibiców. Naprawdę fajnie usłyszeć „dawaj, Kaśkaaa!” po gorących 7 kilometrach 😉 Wpadłam na metę z czasem, który mnie zaskoczył. W taki upal, bez wcześniejszych treningów oraz gdy poprzednią 10kę zrobiłam na koniec kwietnia, uzyskać czas 1:12 to wyczyn! Brawo JA! 😉

IMG_8147 IMG_8146 IMG_8142 IMG_8116 IMG_8150 IMG_8156

Na mecie czekała woda, medale i grill. Oczywiście nasza cudowna ekipa z Parkrun Skierniewice także. W ogóle zauważyłam, że w ciągu ostatniego roku, towarzystwo znajomych bliższych i dalszych nam się mocno powiększyło o biegaczy właśnie. To fajne, bo nie znam nie pozytywnego biegacza. SERIO! To inny wymiar człowieczeństwa. Ta energia. Ta radość ze wspólnego wyrzutu endorfin. Czad! Dzięki! Fajnie, że jesteście. Cieszy mnie to ogromnie.

IMG_8175

Kolejnym biegowym wydarzeniem dla nas był Warszawski Business Run, który tym razem biegł ulicami legendarnego Mordoru. W praktyce – pod oknami mojego biura! Dystans mniejszy, bo 4,2 km. Do ogarnięcia nawet dla nieregularnych biegaczy takich, jak ja. Zostałam zaproszona do sztafety skupionej wokół Edwina z ZabijGrubasa.pl. Poznałam 3-kę nieprawdopodobnie pozytywnych ludzi. Kamila, Marta, Kuba – bawiłam się wspaniale. Dzięki, Edwin! Bieg charytatywny, więc oprócz frajdy z samego biegania i śmieszności sytuacji (niecałą dobę po biegu przemierzałam część trasy jako swoją drogę do pracy. Jestem Orkiem!) dochodzi świadomość, że mogę komuś swoim udziałem w biegu pomóc. Fantastycznie. Bieg dobrze zorganizowany. Atmosfera luźna, piknikowa. Okazja do wymiany spojrzeń i uśmiechów z innymi biegaczami, głównie amatorami zza biurka, jak ja.

14191702_10209262735101486_1068751206_o

I teraz pytanie – gdzie lepiej, fajniej? Nigdzie, bo WSZĘDZIE! Każdy bieg ma swoją specyfikę. Już jako kibic dla Kamila zdążyłam się zorientować, że mimo, że biegi mają różny dystans, są podobnie zorganizowane.

Jest jakaś powtarzalność. Ale najważniejsza jest ATMOSFERA. I muszę przyznać, że zarówno ze strony kibica, jak i biegacza, to atmosfera na biegach zorganizowanych jest gorąca. Gorąca od serc, gorąca od pozytywnych myśli, od walki ze sobą, od rywalizacji troszkę też, ale takiej w dobrym, motywującym wydaniu, gorąca od emocji, gorąca od spalonych kalorii, gorąca od radości. Bo bieganie to radość. I póki tak będzie, będzie dobrze :)

14248837_1393881397308688_591320695_n 14247894_1393881390642022_360490790_o 14233875_1393881350642026_1738039898_o 14247851_1393881413975353_634379538_o

Toskania to…WINO!

13616191_10204957109482239_2128649527_o

Wiem, że piszę z dość dużym opóźnieniem, ale niech wytłumaczeniem będzie całkiem nowa sytuacja w naszej rodzinie, albowiem MAMUSIA WRÓCIŁA DO PRACY. Następstwem tego jest totalnie skurczony czas na cokolwiek. Także na bloga. Jednak powolutku przyzwyczajam się do tej nowej rzeczywistości, więc sytuacja się normuje. Na szczęście, bo

już myślałam, że będę się podpierać nosem do końca życia, a tu taka niespodzianka ;p

Wyjazd do Toskanii nie byłby w 100% spełniony bez wina. Przecież to pierwsze, co kojarzy się z tym regionem. I owszem wiele z toskańskich wzgórz pokrytych jest winnicami i winniczkami bardziej lub mniej otwartymi na zwiedzających. Ba! Nawet Sting ma własną winnicę i sklep z winem tu wyprodukowanym. Pamiętacie wpis?

IMG_6959 IMG_6957 IMG_6961

Pewnego bardziej deszczowego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do miejscowości Greve in Chianti. Po drodze mijaliśmy mnóstwo malowniczych winnic i gajów oliwnych. Co chwila oczom naszym ukazywały się kierunkowskazy, że jedziemy „drogą wina Chianti” („strada di vino Chianti) lub inną „drogą wina”. Klimat był. I pogoda, która z Toskanią się nie kojarzyła – burze i deszcze, szaro, buro, ponuro, bo i mgły w dolinach się zdarzały. Kręte górskie drogi i ulewny deszcz – no bosko!

IMG_6962 IMG_6965

Naszym celem w Greve była pewna Enoteka. Enoteka, czyli nic innego jak skład wina. Do Enoteca Falorni dotarliśmy w deszczu. Na szczęście nietrudno była ją odnaleźć. Enoteka mieści się w podziemiach starszej zabudowy Greve. Ogromne wejście schodami w dół pod sklepieniami z łukami z czerwonej cegły wprowadza w lekko tajemniczą atmosferę. Enoteca Fallorni to największa enoteka w regionie Chianti. Jest tam ponad 1000 gatunków wina, a ponad 100 gatunków przeznaczonych jest do degustacji w specjalnym systemie enomatic. Kupuje się przedpłaconą kartę, której można używać w automatach. Wybierać można spośród 3 pojemności boskiego trunku, który jest nalewany wprost do kieliszka. My zdecydowaliśmy się na kartę za 20€ i wystarczyła nam na zanurzenie ust w naprawdę sporej ilości smaków wina. Ceny za kieliszek wahają się od kilkudziesięciu centów za mikro-degustacyjną porcję tańszych win po kilka euro za dużą porcję – pełny kieliszek. Naprawdę warto. Nam tak się spodobało wino Ferrari, że zabraliśmy je ze sobą do domu na specjalną okazję :)

IMG_6981 IMG_6986 IMG_6979 IMG_6973

Enoteka składa się z ogromnej piwnicznej sali, na której ścianach piętrzyły się butelki z trunkiem. Są też miejsca do siedzenia – kanapy, stoły z krzesłami i mini barki na beczkach. Jest też miejsce na degustację oliw w różnych smakach. Gdzieniegdzie widać też profesjonalne spluwaczki, gdzie wypluwa się wypróbowane wcześniej wino, gdy nie chcemy go pi lub nie chcemy mieć alkoholu we krwi, a jedynie cieszyć się smakiem. Do tego duży półokrągły bar i delikatnie jazzowa muzyka sącząca się z głośników. Naprawdę winny klimat! I do tego sporo osób było tam z dziećmi, bo to w końcu atrakcja turystyczna.

13632782_10204957110402262_2079317472_o
13616296_10204957109442238_1360066648_o

13646854_10204957110682269_859016081_o 13621381_10204957110362261_733383613_o IMG_6987 IMG_6982 IMG_6967
13639632_10204957109642243_1869260993_o

Generalnie miło było poczytać o różnych niuansach w smaku wina i przy okazji posmakować tychże niuansów. Fajnie jest spróbować droższych win, na które pewnie przez cenę za butelkę nieprędko byśmy się zdecydowali, a na pewno nie w ciemno. Także WARTO. Polecamy!

IMG_6969IMG_6971
IMG_6972 IMG_6983IMG_6975  IMG_6984

IMG_6985

nasza Toskania – cz.1 mangiare

IMGP8655

Pojechaliśmy do Toskanii z naszymi dziećmi oraz z przyjaciółmi posiadającymi także dwójkę dzieci. Wynajęliśmy piękny dom w cichej okolicy, na wsi wręcz. Planem był brak planu plus miejsca, które absolutnie należy zobaczyć. Najczęściej wyglądało to tak, że podczas wieczornych posiadówek przy winku i jedzonku (prosciutto, grissini, pasty, pasty do pieczywka, chipsy, owoce etc.) decydowaliśmy, co będziemy robić następnego dnia. Wówczas ogarnialiśmy trasę, jaką będzie trzeba pokonać, czy mniej więcej oszacować, jak to będzie wyglądać godzinowo, żeby móc się zmieścić z jedzeniem, czy zakupami przed przerwą w funkcjonowaniu sklepów i restauracji.

IMGP8665IMGP8036 IMGP8664 IMGP8614IMGP8843
IMGP8851IMGP8862 IMGP8854

IMGP8905

Przez pierwszych kilka dni pozwoliliśmy sobie na odpoczynek od dalszych
wypadów. Po dwóch dniach trasy i pokonaniu ponad 1500 km ciut mieliśmy dość zarówno my, jak i dzieciaki. Cieszyliśmy się urokami tego cichego toskańskiego zakątka, odwiedzaliśmy lokalne przybytki z lodami, pizzami i pastami. tym sposobem dane nam było zje jedne z najwspanialszych lodów na świecie. W miejscowości Reggello są 2 lodziarnie i w obydwu lody smakowały niesamowicie. Normą jest cena za niby „gałkę”, ale złożoną z dwóch smaków. Włosi rzadko jedzą tylko jeden smak. Wspaniale! Gdyż ta jedna „gałka” była dla nas dość dużą ilością na raz :) Wyglądała tak:

IMG_6863

IMGP8633

IMG_6865 IMG_6868

W Cascii koło Reggello dostaliśmy od znajomego namiar na genianą pizzę. Pizzeria „Stagnino” stanęła na wysokości zadania. Pizze okazały się być absolutnie nietuzinkowe, przegenialne. Kamil wybrał taki flagowy produkt – pizzę z truflami i borowikami (pizza funghi e porcini). Dziwnie pachniała, ale smak…mmmmm….rewelacja!

IMG_6915 IMG_6918

W tej samej miejscowości jednego wieczora wybraliśmy się także do restauracji „Massaccio”, która słynie w okolicy z najlepszych owoców morza. Wszystkie dania wyglądały obłędnie, a smakowały jeszcze lepiej. Polecamy dla wszystkich. Także dla tych, którzy boją się spróbować.

IMG_7106 IMG_7113

Aż zgłodniałam! Ach!

Odwiedziliśmy też mieszkającego jakieś 25-30 minut drogi od nas Stinga, ale nie zechciał mieć z nami wspólnej sweet-foci :( Jego strata. A zupełnie poważnie, to prowadzi on (oczywiście za pomocą rąk pracowników) sklep z artykułami bio i eko typu miód, czy oliwa z oliwek. Łatwo tam trafić.

IMG_7003 IMG_7001

Kolejny wpis będzie o winach 😉


Adresy i stronki dla zainteresowanych:

lody: Pasticceria Claudio, Gelateria Il Muretto

pizza: pizzeria Stagnino 

frutti di mare: Ristorante Masaccio

u Stinga: Il Palagio

vacanze in Toscana

IMG_7003

Wakacje, wakacje….Byliście? Jesteście? Planujecie? My już po. W tym roku wcześniej, bo w czerwcu z powodu mojego lipcowego powrotu do pracy. Padło na Toskanię. I bardzo, ale to bardzo jesteśmy zadowoleni z tego wyjazdu. Pojechaliśmy autem z naszą dwójką pocieszek plus drugie auto z przyjaciółmi w podobnym składzie. Troszkę przygotowań, zakupów, pakowania i już byliśmy w trasie. Wyjazd o 4:00 nad ranem. jest już jasno, więc jedzie się, jak w dzień, a dzieci dosypiają na tylnym siedzeniu. Zaskoczeniem dla nas było to, że w 2,5 godzinki byliśmy już pod granicą i żegnaliśmy się z Polską. Potem szybki przelot przez Czechy, dłuższy postój w Wiedniu i wieczorem dotarliśmy pod Klagenfurt, gdzie szybko udało nam się znaleźć nocleg w miłym pensjonacie z placem zabaw i basenem(!!!). Z basenu nie korzystaliśmy ze względu na niską temperaturę i burzowe chmurki na niebie, ale plac zabaw to zawsze jest dobry wybór. Znajomi śmiali się, że jak ktoś chce jechać na wakacje z dzieckiem autem i daleko, to powinien sobie na jakiś plac zabaw np. do Zgierza pojechać (nie, nie mam nic a nic do Zgierza;p). A tu proszę. Udało nam się zrobić prawie 1000km! Pozostawalo jeszcze kolejne prawie 600. Następnego dnia po śniadanku hop, do aut i znowu w trasę przez końcówkę austriackich autostrad i przez zapchane tirami włoskie drogi. Nawet w przyautostradowym Autogrillu można zjeść przyzwoite smakowo pasty i wypić typowe espresso, więc jeszcze nie będąc na miejscu poczuliśmy klimat Italii.

Na miejscu mieliśmy wynajęty dom, który okazał się być wspaniałym miejscem. Widok na góry zapierający dech w piersiach. Drzewka oliwne dokoła przeplatające się z mini uprawami winorośli, w oddali głos pawia i cisza. Cisza cichutka. Plus głosy naszych dzieci. I po ciszy. Heh.

Plan był taki, że go prawie nie było. Kilka must have’wów typu wizyta we Florencji, pizza, pasta, frutti di mare, enoteka, plaża. Poza tym pełna elastyczność. Mieliśmy kilka adresów i podpowiedzi co i gdzie zjeść, napić się, zobaczyć od znajomego. Wszystkie trafione w 100%. Dziękujemy!

Dla mnie i Kamila była to pierwsza okazja do poczucia klimatu Włoch z punktu widzenia małego miasteczka i wsi. Do tej pory byliśmy 2 razy w Rzymie i kilka razy w Mediolanie. To ogromne miasta z mnóstwem turystów i dużym zapleczem sklepowo-muzealno-pamiątkowym. Na prowincji jest inaczej, żyje się wolniej, ludzie nie gonią nigdzie, celebrują życie. La dolce vita! Pierwszą rzeczą, która bardzo rzuciła się nam w oczy było przestrzeganie przerwy w ciągu dnia w funkcjonowaniu sklepów i knajp. W dużych miastach nastawionych na turystów nie było problemu ze znalezieniem przyzwoitego miejsca na obiad w okolicach 14-15. Tutaj zjedzenie czegokolwiek poza lodami było niemożliwe. Na szczęście szybko dostosowaliśmy nasz tryb do włoskiego 😉 i albo szliśmy na obiad wcześniej, albo czekaliśmy na kolację po 18-18:30, albo po prostu przyrządzaliśmy sobie coś pysznego sami z włoskich składników. Da się! :) No i jeszcze ta ogólna niechęć do używania angielskiego. Ha! W końcu na coś przydało się to moje dukanie po włosku :) Co tam, że pewnie z błędami, ale w miłej atmosferze byłam w stanie się dogadać z lokalsami. Duma!

Ja od początku mówiłam, że do Włoch jadę się naw……najeść :) Już od dawna chodziły za mną pasty, pizze i risotta. I się doczekałam. Wspaniałe jedzonko w rewelacyjnych cenach (bo nie dla turystów, a dla lokalnej społeczności) plus śliczne krajobrazy górzystej Toskanii. Rewelacja! Będę was męczyć relacją z naszego wyjazdu jeszcze przez kilka kolejnych wpisów. Stay tuned! ;*

IMG_6851 IMG_6863 IMG_6881 IMG_6923 IMG_6935

przed siebie

IMG_6609

Jak wiecie oboje z mężem uprawiamy bieganie od czasu do czasu, raz bardziej regularnie, raz mniej, w zależności od możliwości energetycznych i czasowych. Oboje lubimy to robić. Często jest jednak tak, że możemy wyjść pobiegać i wypalić nadmiar emocji (nie tylko tych o negatywnym zabarwieniu – każdych) dopiero, gdy nasze córeczki zasną. O ile latem, to żaden problem, bo po 21-szej jest jeszcze całkiem widno, to zimą niestety jest bardzo trudno wychylić nos poza dom, bo ciemno i zimno, i wilki jakieś ;P Jest jeszcze weekend. I wtedy Kamil stara się nadrabiać swoje „zaległości” w bieganiu leśnymi ścieżkami. Jednak i w weekendy mamy czasem zaplanowane wyjazdy, zakupy i inne sprawy, więc

wówczas bieganko odpada. AAAALLLLEEEE jest na to rada – wózek biegowy. Siup! Jakie to proste! Wsadzasz szkrabiątko do wóza i go, go, go, przed siebie! Fajnie. Jednak na rynku jest sporo modeli i teraz który wybrać?! Szczęściarz z tego, który ma tylko ten problem. Pozostaje jeszcze kwestia pieniędzy. W końcu nie po to wertowaliście internety, fora, sklepy i męczyliście sprzedawców miliardem pytań o wózek 3 w 1, żeby go nie kupić. On już jest. Więc po cóż wydawać następne złotóweczki na kolejny powóz? My nie mamy aż tylu wolnych zasobów pieniężnych, żeby móc sobie zafundować wózek, z którym moglibyśmy biegać. Jednak pewnego dnia dobra wróżka napisała, że może nam takowy pożyczyć na krótki czas. Jupi! Przynajmniej będziemy mogli się przekonać, jak to jest, czy warto i w ogóle zobaczyć co i jak.

Dzięki uprzejmości mojej koleżanki i sklepu 4kids z Krakowa dostaliśmy w prezencie jeden dzień z wózkiem Bugaboo Runner. W dzień przebiegłam się ja z Ewcią – zrobiłyśmy po prostej, chodnikowej ścieżce ponad 4km, a wieczorem Kamil obiecał przejażdżkę Igusi i razem zrobili rundkę wokół całego osiedla, więc

około 6km.

Wózek miał fajny kolor. Przypominał mi naszego X-landera :) Pierwsze wrażenie – ogrooomniasty! Rzeczywiście stelaż był spory, ale też sprytnie się go składa i dzięki temu bez zdejmowania kół spokojnie mieścił się w bagażniku auta. Siedzisko z możliwością jazdy w obu kierunkach – fajnie, bo przydaje się przy młodszych pociechach. Prowadzenie stabilne i całkiem lekkie mimo nieskrętnych kół. Kiedy zaczęłam biec, zdziwiłam się, że w sumie nie czuję jakoś bardzo, żebym musiała mocno pchać coś przed sobą. Jedynie praca rąk inna, bo trzymałam się rączki wózka. Za to pasażerce bardzo się podobało. Jej dziecięce włoski rozwiewały powiewy wiaterku, a uśmiech i zaciesz nie schodziły z twarzy. Sukces. Mimo wszystko pod górkę już nie było tak leciutko 😉

Podobnie było u Kamila i Igi. Ponieważ byli na przebieżce wieczorem, to Igulka była już trochę podmęczona całym aktywnym dniem i czasem przykładała się jak do snu, ale potem wstawała i śmiała się, że tylko żartowała, nie chcąc tracić frajdy z bycia pchaną w wózku przez biegnącego tatę.

IMG_6573 IMG_6576 13480323_10204842371373858_1765962111_n 13510640_10204842372653890_184050783_n

Generalnie wózek biegowy, to fajna rzecz. Radziłabym jednak przemyśleć kwestię zakupu takowego już na początku, żeby służył i jako normalny wózek na spacery, i jako biegowy na treningi i na zawody. Można też spróbować kupić jako używany, wtedy koszt na pewno jest ciut niższy. Nam marzą się jakieś jednorazowe wypożyczenia wózków na biegi, żeby każde z nas mogło wziąć udział np. w „Biegnij Warszawo”.

IMG_6584 IMG_6583 IMG_6581 IMG_6579 IMG_6578 IMG_6580